piątek, 27 lutego 2009

Exotic Poland I


Polska rowerowa (1-11.09.2008)
aut. Magdalena Sikoń
litle edit. Yaro :)
1.09
Tego dnia wszystko było tak jak zawsze, Tiger, nasz kocur, obudził nas o 4-tej nad ranem. Za oknem słońce budziło nowe życie, nowe nadzieje – nowy dzień. Czas biegł niebłagalnie, ani na chwilę nie przystając, by ze spokojem i należną błogością zjeść ostatnie przed wakacjami śniadanie.

Po tak krótko dokonanej konsumpcji zaczęliśmy opuszczać nasze 40-metrowe mieszkanie, kierując się w stronę Dworca Centralnego. Wszędobylski zegar świata wybił 07.20 gdy nasz pociąg zaczął ospale i leniwie sunąć po torach. „Sunięcie” nie trwało długo, bo po przejechaniu 2 kilometrów nie wiadomo dlaczego zatrzymał się na stacji Warszawa – Stadion. I jak się zatrzymał tak stał i stał... i stał. W tym czasie łapałam od życia zagubiony gdzieś w pośpiechu koniec mojego snu, który przyszedł do mnie niespodziewanie pod przykryciem śpiwora. Jednak po 40. minutach nawet zaspany człowiek może się zdenerwować bo dlaczegoż niby ma się nie dowiedzieć dlaczego stoimy. Poznania odpowiedzi na rodzące się w głowie pytania postanowił zdobyć Jarek - delikatnie powiedziawszy - zbulwersowany poszedł do kontrolera, który oznajmił mu że czekamy na spóźniający się pociąg z Wiednia i podróżujących nim ludzi.
I jak powiedział tak też się stało – po kolejnych 20 minutach oni dojechali, my pojechaliśmy.
Polska z okna pociągu jawi się zupełnie inaczej niż z perspektywy trąbiących i sfrustrowanych samochodów wielkomiejskich miast.
Zieleń, błękit, przepiękne połacie pól i lasów – to są obrazy, które jawiły się naszym oczom. Szukając spokoju i wyciszenia po całodniowych gonitwach za nie wiadomo czym i kim dojechaliśmy do Suwałk, które przywitały nas pięknym, niebieskim niebem. Nie napiszę nic na temat tego miasta, ponieważ byliśmy tam przez chwilkę – miasto zawsze pozostanie miastem, czyli wiecznym zapachem spalin i piskiem opon a to nie to czego w tym momencie szukaliśmy.
Ruszyliśmy zatem w naszą pierwszą drogę.
Miejscowość Wigry, znajduje się nad przepięknym i niesamowitym jeziorem a nad całością krajobrazu góruje zakon kamedulski. Wchodząc w jego progi po brukowanej ulicy, co wrażliwsze nosy wyczują zapach historii a okalające zakon mury delikatnie szepczą opowieści o zapomnianej świetności tego miejsca, obecnie służącego wyłącznie jako atrakcja turystyczna. Zakonnicy zostali usunięci stamtąd w czasie II wojny światowej.
Trafiwszy tam warto zwiedzić apartamenty, w których mieszkał Jan Paweł II podczas wizyty w 1999 roku. Zakon kamedulski kryje w sobie wiele tajemnic, jego mistykę połączoną z aurą świętości czuć na każdym kroku. W takich właśnie miejscach zagubiony w sobie i własnych myślach człowiek odnajduje, często zapomniane miejsca na refleksję o życiu, przemijaniu i nieuchronności losu. Te wrażenia potęgowane są przez podziemne krypty znajdujące się na terenie zakonu. Są tam odkryte dla zwiedzających szczątki zakonników liczące 300 lat.
W takich, dość mistycznych okolicznościach spotkaliśmy się z nowo poznanym acz wcześniej internetowo i telefonicznie zgadanym Michałem i Gosią.
W Wigrach spaliśmy na polu campingowym „u Halinki”, który położony jest pod zakonem. Właściciele owego campingu są bardzo sympatyczni i bardzo chętni pomóc przybyszom. Nie ma tam również problemu z jedzeniem, można je zamówić na miejscu – pychotka :) porcje ogromne a ceny umiarkowane.
Jak zawsze na urlopie pierwsze dni nie należą do lekkich – człowiek ma ciągle wrażenie, że dzwoni telefon, że zaraz trzeba będzie porzucić właśnie rozpoczętą czynność i udać się do pracy. Etap aklimatyzacji urlopowej trwał parę chwil, ale Michał i Gosia bardzo szybko i sprawnie pomogli nam poczuć się niczym nie skrępowanymi. Pierwsze urlopowe popołudnie i wieczór spędziliśmy pływając kajakiem po Wigrach. To był mój pierwszy raz – a jak pierwszy to strach, przerażenie, które po ułamku sekundy przerodziło się w radość i szczęście. Ale gdy tylko zaprawiony w bojach kajakarz Jarek przestawał wiosłować – wpływałam w trzciny wyganiając ze swoich domów przerażone ptaki i jak zawsze w takich sytuacjach Jarek musiał brać wiosło w garść. Jeziorna przyroda zaprezentowała się nam w całej okazałości – dzika i nieprzenikniona, tajemnicza i intrygująca. Trudno jest opisać to co szepcze ci serce gdy przepływasz obok pięknego łabędzia lub w oddali widzisz łapiącą ostatnie promyki słońca czaplę.
-- 02.09 --
Tego dnia krople delikatnie uderzały o namiot, gdy z wieży zakonnej dało się słyszeć hejnał oznajmujący mieszkańcom, że kolejny dzień właśnie się rozpoczął. Boże jak niesamowicie jest leżeć w nagrzanym nocą śpiworze i słuchać najpiękniejszej muzyki świata – deszczu wybijającego sobie znanym rytm o tymczasowy, materiałowy domek. Deszcz nie zaszczycił nas długo swoją obecnością, zmieniając się miejscami ze słońcem. To był ten moment – spakowaliśmy namioty i ruszyliśmy z Michałem w dalszą drogę, Gosia niestety musiała nas opuścić ze znanych sobie powodów. Rowery poniosły nas do Sejn. Te okolice bogate są w synagogi – warto zatem choć na chwilę się zatrzymać. Coś niespotykanego można zobaczyć w Krasonopolu - za sklepem, który znajduje się na początku miejscowości jedną ze świątyń przerobiono na dom mieszkalny. Dalej już w centrum Sejn, synagoga, z powodu konfliktu polsko - ukraińskiego pełni obecnie wyłącznie funkcję kulturalną, jako sala koncertowa i galeria.
Okey na chwilę koniec złych rzeczy – w Sejnach wstąpcie do ukraińskiej restauracji – pysznie i bez wygórowanych cen.
Polska to kraj zróżnicowany nie tylko pod względem krajobrazu ale również niezwykłości miejsc niesamowitej kultu historii. Magię lat dawnych ale niezapomnianych widać w polskich lasach oraz małych miejscowościach. Jedno z takich miejsc spotkaliśmy w drodze do Mikaszówki w miejscowości Giby. Tam znajduje się pomnik składający się z usypanych w różnych miejscach 600 kamieni. Każdy głaz upamiętnia Polaka zabitego w czasie okupacji Niemieckiej . Skłoniwszy głowy z wyrazem milczącej zadumy – pojechaliśmy dalej.
Po 70 kilometrach zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. W Mikaszówce mimo naszych płonnych nadziei nie znaleźliśmy fajnego miejsca choć zachodziliśmy do jednego domu, który reklamował u siebie noclegi. Niestety właściciel owego przybytku chyba nie o końca przemyślał fakt wynajmu pokoi dla przybyszów, gdyż „ujął” nas swoją gburowatością. Odwróciliśmy się na naszych jednośladach i pojechaliśmy dalej. Po około 10 kilometrach dojechaliśmy do Płaskiej. Wjeżdżając do tej miejscowości da się słyszeć (jeżeli oczywiście jest cicho :)) niezwykle mocny i przejmujący szum wody a to za sprawą zapór wodnych, które wiodą sobie tam spokojne życie.
W Płaskiej trafiliśmy do pani Jadwigi Kuźmy. Ta starsza, ale jakże sympatyczna Pani wynajęła nam za 100 złotych fantastyczny drewniany dom. W czterech ścianach był między innymi babciny kaflowy piec, duże łóżko, garnki i gazówka. Los nas nagrodził :) W takich okolicznościach przyrody, delektując się whisky i zajadając pistacje „ładowaliśmy” akumulatory na następny dzień, który rozpoczęliśmy bez Michała zmuszonego obowiązkami wracać do stolicy.
-- 03.09 --

Trasa, jaką chcieliśmy pokonać biegła pośród przepięknych lasów, których zieleń podsycana była przez ciepłe i rozgrzewające promienie słońca. Sielskości obrazu dodawały także zainteresowane turystami łaciate i oczywiście kręcące mordą krowy. I tak dojechaliśmy do miejscowości Krasne a w jej okolicach można zobaczyć ogromne ukryte w lesie bunkry rosyjskie. Te betonowe budowle wzbudzają respekt nie tylko swoją masywnością, ale również tajemniczością. Miejsce to wysyła do wszechświata impulsy, które od razu podłapywane są przez rozbujaną wyobraźnię. Ni stąd ni zowąd – wraca się myślami do tamtych lat – słyszy się głosy ludzi, czuje się wszechobecny lęk przed utratą życia przemieszany z niegasnącą nadzieją na jego uratowanie.
Ten etap naszej wycieczki był bardzo przyjemny, ale ta lekkość rowerowego bytu nie trwała długo. Kolejny etap Lipsk – Dąbrowa Białostocka można krótko opisać - Osz Matko Boska, o kurde, o ja pierdzielę, o duchu mojego ciała. Dziesięć kilometrów pod wiatr i pod górkę – po przejechaniu tego odcinka czuliśmy się jakbyśmy mieli za sobą 70 lub 80. Bo jak Ci wieje to zamiast jechać do przodu – masz wrażenie że stoisz w miejscu. Ale jakoś się udało. Po dotarciu do Dąbrowy skierowaliśmy kroki do jedynej działającej restauracji. Jej wystrój i klimat można opisać krótko – lata 80-te, złote firany, niezapomniane białe, wykrochmalone obrusy i sztuczne koniecznie żółte kwiatki. Kart dań tam nie było ale za to jajka sadzone z frytkami były bez zarzutu i smakowały pysznie.
Dąbrowa to miasto, dlatego też ze zrozumiałych powodów nie zostaliśmy tam na noc. Tu należy się ostrzeżenie dla wszystkich podróżujących jeżeli ktoś ma dosyć jazdy jednośladem, warto się zatrzymać w Dąbrowie, bo następny postój z noclegiem jest w Sokółce – oddalonej o 30 kilometrów.
-- 05.09 --
Czwarty września upłynął pod radykalnym sprzeciwem wobec długopisu, nie miałam siły wziąć go w dłoń i napisać choćby parę słów. Nadrabiam zatem zaległości. Z Sokółki wyjechaliśmy około 10.00. Jadąc w stronę Krynk zjechaliśmy w lewo na Bohoniki. Ta miejscowość to skupisko Tatarów i ich kultury. Wartości wyznawane przez całe życie i pokolenia są dla tych ludzi najważniejsze co widać na każdym kroku. W Krynkach zapraszamy do pięknego i zadbanego meczetu, który można zwiedzać. Dobrze, nadszedł czas na cenną uwagę – zdarza się bowiem, że drzwi świątyni są zamknięte, wtedy trzeba pójść do przeciwległego Domu Pielgrzyma i poprosić aby ktoś ją otworzył. I jak nam powiedzieli mieszkańcy – nigdy nie ma z tym problemu. A tak a propo wspomnianego Domu Pielgrzyma – prawdopodobnie dają tam przepyszne jedzenie. Niestety nie możemy tego potwierdzić zmysłowo, ponieważ byliśmy świeżo po posiłku.
Wracając jednak do meczetu – wejście kosztuje 3 złote. Jego historię, podstawy religii oraz losy Tatrów opowiada przesympatyczna starsza pani. Jej werwa i zaangażowanie sprawiały, że cały czas mieliśmy uśmiechy na twarzy. W Krynkach warto też pojechać na pobliski, tatarski cmentarz a tam zobaczyć zarówno stare jak i nowe nagrobki. Znajdziecie go na końcu wsi.
Polska kraj różnic
Polska to kraj niezwykle zróżnicowany – z jednej strony wielkie aglomeracje a z drugiej wsie, których sielankowość i prostota stwarzają wrażenie, że dalej już nic nie ma. Takie uczucie mieliśmy mijając Grzybowszczyznę czy Jurowlany. Niestety drogi nie należą do łatwych. Do wsi – Bobrowniki – jedzie się po wybojach uformowanych przez ciężkie traktory. Więc po przejechaniu 10 kilometrów ma się nieodparte wrażenie odbitych nerek, krzyża i płuc no i oczywiście nadgarstek, który ze zrozumiałych i dla wszystkich oczywistych powodów zmienia swoje położenie. To jednak nie wszystko – zapuszczając się tam trzeba również pamiętać o cholernie piaszczystych drogach, w których rower zatapia się po dzwonek. A wierzcie po przejechaniu 50 kilometrów ostatnią rzeczą na jaką człowiek ma ochotę to wygrzebywać rower z tony miękkiego czegoś. W takich właśnie okolicznościach przyrody i z akompaniamentem słów ogólnie uznanych za wulgarne dojeżdżamy do Jałówki. Ale nie tak szybko – po drodze co naprawdę warto zwrócić uwagę na przepiękne wsie takie jak Świsłoszczany, Mostowlany i Dublany. Jak macie chwilę zatrzymajcie się tam, porozmawiajcie z ludźmi – opowiedzą wam historię swoich osad a nawet o sobie samych. Poza tym w tamtych rejonach na kolana powalają stare, drewniane domy, próchniejące z powodu upływu lat zmieniając się w wszędobylski pył. Do pełnego obrazu winnam napisać, że chaty mają dachy pokryte słomą a na podwórzach stoją ciągle działające studnie. Ciepło robiło się na sercu mijając i kłaniając się babinkom siedzącym na ławkach przed domem a obok nich jak najwierniejszy pies - stała laska. Po 70 kilometrach, czyli od wspomnianej Jałówki zaczyna się asfalt – widok kawałka ciągnącej się czarnej masy sprawia, że człowiek cieszy jak małe dziecko a w kąciku oka pojawia się coś na kształt łzy. Na 90. kilometrze czuliśmy już zmęczenie - niby ścieżkami rowerowymi i brakiem jadła. Postój znaleźliśmy we wsi Bachury. Mijając ją Jarek znalazł wydawałoby się, nic nie sugerujący kierunkowskaz „agroturystyka”. Gdy tam zajechaliśmy okazało się że dotarliśmy do Pana Tolka. Oprócz właściciela przywitali nas również bytujący tam goście – Gosia i Piotr z Warszawy no i ich dwa psy.
Gosia i Piotr, miłośnicy przyrody, obserwatorzy ptaków – niezwykle sympatyczni, ciepli ludzie poszukujący spokoju i harmonii. W przypadku tych osób widać było, że kochają patrzeć na latające stwory - mogliby o tym opowiadać bez końca nie zanudzając przy tym słuchaczy a wręcz przeciwnie wzbudzając ich zainteresowanie.
Ale wracając do właściciela gospodarstwa czyli pana Tolka. Na początku wydawał nam się dziwny – małomówny, zdystansowany, trzymający się na dystans, ale za to miejsce na odpoczynek super – bezkres zieleni, lasy i duży pies - Reks. Wieczorem wraz z Gosią i Piotrem zostaliśmy zaproszeni przez Tolka do jego domu na mały kieliszek czegoś mocniejszego – na naszą cześć. Do tego na stole pojawił się jego własny wyrób – ryby w occie i kompot. Dlatego też w tym miejscu od razu muszę wymazać z waszej pamięci to co wcześniej pisałam o Tolku – bo przy bliższym poznaniu jest to człowiek niezwykle ciepły i kochany, który swoim czasowym lokatorom jest w stanie oddać dom. Nigdy go nie zamykał, podczas jego nieobecności można było korzystać z łazienki bez ograniczeń, podobnie czajnika itd. To naprawdę niezwykłe miejsce.
-- 06.09 --
U Pana Tolka spędziliśmy dwa dni. Jeden z nich chcieliśmy potraktować łagodniej, bo po przejechaniu 90 kilometrów po kocich łbach tylna część ciała odmawiała posłuszeństwa. Wybraliśmy się na wycieczkę po okolicznych miejscowościach. Od Pana Tolka można jechać lasem docierając do Zalewu Siemianówka – ważne: nie można się tam kąpać gdyż woda ma 3 stopień zabrudzenia. Według historii kiedyś była tam wioska, którą zatopiono tworząc zalew. Dalej jedziemy w kierunku Siemianówki. Jadąc polną drogą, w lesie mijamy pomnik ludzi, którzy oddali życie za Terespol. Sama jednak miejscowość niczym szczególnym nas nie zaskoczyła – wieś normalna, żyjąca własnym tempem dlatego też z niego pojechaliśmy do Siemianówki, gdzie jak mówiła mapa miało być jakieś pożywienie. Czas przeszły jest tu jak najbardziej na miejscu – może i kiedyś było, ale na pewno nie w czasie naszej wizyty. Długo tam nie byliśmy, kiedy delektowaliśmy się piwem siedząc na ławkach wioskowego sklepu – niebo coraz głośniej zaczęło opowiadać swoją historię. Zbliżała się burza. Do Pana Tolka wracaliśmy mostem kolejowym biegnącym w poprzek wspomnianego wcześniej Zalewu Siemianówka. Jak na most kolejowy przystało – nie był on dostosowany dla turystów z jednośladami - na początku są kamienie a dopiero po chwili Jarek zauważył biegnąca obok ścieżkę którą można jechać – to znacznie ułatwiło i przyspieszyło nasz powrót w strugach deszczu. Jadąc mostem dojeżdżamy do Cisówki a później tak jak znaki prowadzą wróciliśmy do Bachur. Smakowitym podsumowaniem całego dnia i była Jareczkowa jajecznica na sojowych kiełbaskach. Pyyychota:)
-- 07.09 --
Ze słonecznych Bachur wyjechaliśmy koło południa – magia tego miejsca jakoś nie pozwalała nam wyjechać stamtąd wcześniej. Po dokonaniu wpisu do księgi gości Pana Tolka ruszyliśmy w trasę. Kierowaliśmy się w kierunku Hajnówka a później Narewka. Trasa prowadzi drogą asfaltową więc nie ma problemu z „pedałowaniem” a na relaks można jeść jabłka zrywając je z przydrożnych jabłoni. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało – Jarek pierwszy zanurzał zęby w jabłkowym miąższu – i w zależności jak zmieniała się jego twarz – albo w kwaśno- zatroskany wyraz albo w delektujący się słodkością owocu – decydowałam się towarzyszyć mu w tej uczcie.
Z Bachur do Białowieży jest tylko 40 kilometrów. Po drodze można zajechać do Narewki na drobny posiłek. Przed samym wyjazdem z Narewki skręcamy na Białowieżę – trasa do tej miejscowości prowadzi przez przepiękny las, przeplatany kartami informacyjnymi znajdującymi się na ścieżce edukacyjno-przyrodniczej.

Białowieża
W Białowieży spaliśmy na campingu “u Michała”. Można go krótko acz treściwie opisać – schludnie, czysto i tanio – 20 złotych za namiot. Toalety są, ciepła woda pod prysznicami – zatem pełen komfort. A z takich przyrodniczych ciekawostek – w Grudkach, 800 metrów od Białowieży też jest camping – pojechaliśmy go zobaczyć. Totalnie opuszczone i zapomniane przez ludzi miejsce. Na drewnianej tablicy od razu przy wjeździe wisi cennik - 12 złotych za namiot. W drewnianych domkach był prysznic i krany – to świadczyło, że być może w pełnym sezonie coś tam się dzieje – niestety my tego nie możemy zweryfikować.
Wracamy do siebie do “ U Michała”. Obok nas, w przyczepie campingowej mieszkali niezwykle sympatyczni Holendrzy – Dick i Rita oraz ich dwa psy – Trix i Rosa. Podczas jednej z licznych rozmów okazało się, że są właścicielami ziemi w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego a przede wszystkim gdy mają tylko okazję jeżdżą po świecie – zwiedzając i podziwiając to wszystko co stworzyła natura i ludzkie ręce. Spędziliśmy z nimi urocze dwa wieczory, dużo rozmawiając, popijając wieczorem Whisky i patrząc się na pięknie ugwieżdżone niebo.
-- 08.09 --
Białowieża jest piękna to fakt – nikt nie ma prawa jej tego odebrać, ale chyba to nie do końca jest miejsce dla nas. Z samego rana wybraliśmy się do ścisłego rezerwatu przyrody. Zbiórka o 10.00 – cena za przewodnika 114 złotych dzielona na ilość osób które chcą wziąć udział w “wyprawie”, nas wyniosło to 14 złotych. Po tym jak Gosia i Piotr zachwalali zwiedzenie Białowieży z przewodnikiem, bo tyle można się dowiedzieć – nie żałowaliśmy pieniędzy.
To nie koniec opłat. Po opłaceniu biletu wstępu i przejściu paruset metrów okazało się że trzeba zapłacić za kolejny bilet. Bo tamten był za przewodnika a teraz trzeba opłacić wstęp do ścisłego rezerwatu. Cena za normalny bilet - 6 złotych od osoby. Trafił nam się „oprowadzacz”, po którym było widać że alkohol to jego drugi świat. Mówił szybko i niezrozumiale, a nasze wkurzenie dochodziło granic gdy pan mówiąc coś odwracał się do nas tyłem oczywiście kończąc swą opowieść. Okey, ale do tego jakoś można się przyzwyczaić, ale nigdy nie zrozumiemy ludzi którzy nie interesują się przyrodą i jej historią mimo to idą ciągle gadając o jakiś pierdołach, które można omówić przy piwie a nie w puszczy. Nam w wyniku jakieś wrednej opatrzności trafiły się cztery dziewczyny, tak dla zobrazowania jak ktoś pamięta film “Dzień Świra” i scenę w pociągu – no właśnie to tak mniej więcej wyglądało. Bez względu na to czy szliśmy czy próbowaliśmy zrozumieć przewodnika one cały czas peplały, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Nie wytrzymaliśmy – zwróciliśmy im uwagę – Jarek powiedział owym “damom” że może jednak powinny pójść sobie na piwo”. Poskutkowało, gdy tylko się zatrzymywaliśmy, one zamykały swe gardziele.
Tragedii czas dalszy
O muzeum białowieskim wiele słyszeliśmy dobrego, że fantastyczne miejsce, ciekawe i interesujące. A zatem jak na turystów przystało po przejściu rezerwatu nasze kroki tam właśnie skierowaliśmy. I oto Polska – po przekroczeniu drzwi na przybysza czeka oczywiście kasa – nic w tym dziwnego – bilet normalny dla jednej osoby 12 złotych. Pan sprzedający “wejściówki” miłym głosem informuje, że musimy teraz pójść do przeciwległej kasy i zapłacić za przewodnika kolejne 3 złote. Okazuje się bowiem, że do muzeum nie można wejść samemu tylko trzeba dać zarobić prywatnej firmie od której de facto wynajmujemy oprowadzającą nas osobę.
Zapłaciliśmy, gdy nadeszła nasza pora – przed drzwiami stanęło około 15 osób w tym dwójka małych dzieci w wieku około 2 lat. Nic dziwnego, że maluchy wolały zostać na świeżym powietrzu, ale rodzice z uporem zaciągnęli ich do wnętrza budynku. I się zaczęło – płacz, krzyki, skamlenie – mamo ja nie chcę tutaj.
W muzeum panują ciemności rozświetlane za pomocą pilota trzymanego przez przewodnika. Podchodząc do jakieś wystawy zapala światło i omawia to co widzimy. Problem w tym, że przy 15 osobach nie każdy może zobaczyć i usłyszeć to co się mówi. Z Jarkiem stanęliśmy obok czytając informację na ścianie mając nadzieję, na zobaczenie omawianego zjawiska po chwili. Nic z tego, gdy tylko pani przewodnik postawiła kropkę, wyłączyła światło. Przelało się we mnie – poprosiłam panią grzecznie acz stanowczo żeby jednak łaskawie nie gasiła światła bo ktoś może chce popatrzeć. Nie protestowała. Podobna sytuacja powtarzała się co chwilę, ale chyba najgorsze w tym wszystkim było brak kompetencji naszej pani. Wiedzę, którą nam przedstawiała miała wyuczoną, nic od siebie, nic poparte doświadczeniem – tragedia. Być może dlatego gdy jakiś jegomość zapytał ją ile kilometrów jest z Białowieży do granicy odpowiedziała – nie wiem. Podobna odpowiedź padła gdy ktoś zapytała jak wygląda ogrodzenie dla żubrów aby te nie przechodziły na stronę białoruską. Dla pani uzasadnieniem braku wiedzy było to że nigdy tam nie była.
Z Jarkiem wytrzymaliśmy tam jeszcze z 10 minut, podeszliśmy do innej grupy która chodziła inna ścieżką, przez co głosy dwóch pań się nakładały tworząc dodatkowy chaos. Było tego za wiele – wyszliśmy. Naszą wizytę w muzeum zakończyliśmy wpisem do księgi gości oraz zakupem filmu dokumentalnego “Dziobem i pazurem” w reżyserii Krystiana Matyska (około 25 złotych). Polecamy – film przedstawia niesamowity obraz życia ptaków i praw panujących w ich środowisku. Do tego dochodzi powalający montaż, realizacja i profesjonalizm ujęć.
Resztę dnia spędziliśmy siedząc na ławce koło cerkwi na odpoczywaniu. Około 17-stej pod kościół podeszła zgarbiona babuszka podpierająca się laską. Czekała na nabożeństwo, które się nie odbyło. Wyobraźcie sobie - ogromne mury kościoła i ta staruszka modląca się pod nosem trzymając w starej i zmęczonej życiem dłoni różaniec – po raz kolejny odczułam jak bardzo człowiek jest mały wobec świata i przemijania.
-- 09.09 --
Kolejny dzień w Białowieży. Niebo o poranku przywitało nas szarymi chmurami, z których co chwilę coś mżyło. Po zjedzeniu śniadanka pojechaliśmy w stronę lasu. A tam do skansenu, do którego można swobodnie wejść i pooglądać oryginalne chaty z początków zakładania wsi. Dalej pojechaliśmy do Żeber Żubra. W sercu lasu leżą ogromne bale z drzewa, położyli je średniowieczni mieszkańcy tych ziem – jako znacznik drogi do ich osad ukrytych w puszczy, dających schronienie przed wrogami i atakującymi wojskami. Po około 10 kilometrach dochodzi się do rezerwatu żubrów. Bilet – 6 złotych od osoby plus rower – 3 złote za sztukę. W rezerwacie można zobaczyć wilki, trapezy, sarny, jelenie, rysie no i oczywiście żubry. Widok z jednej strony miły dla oka, ale z drugiej strony kraty jakoś zakłócają ten odbiór. Podczas wyprawy udaliśmy się również do Miejsca Mocy – znajdującego się jakieś 3 kilometry od Białowieży. Jest to miejsce, które prawdopodobnie promieniuje niezwykle pozytywną energią. Ta niezwykła siła bierze swoje źródło z istnienia w tym miejscu tzw. czakramu wokół którego ułożone są kamienne kręgi. Według legend – gdy ktoś wyciszy swoje wnętrze i otworzy się na otaczający świat – poczuję niezwykłe siły jakie tam panują. Ja próbowałam I chyba za bardzo “pobudzona” jestem. Na strawę pojechaliśmy do Bud – tam działa karczma “Sioło Budy” serwująca na przykład: solankę, czy wareniki z różnym nadzieniem, czyli typowe jedzenie ukraińskie. Z pełnym brzuchem pomału zaczęliśmy zmierzać do namiotowego domu. Oczywiście nie taktem byłoby nie zahaczyć o szlak dębów królewskich. I zaczepiliśmy – tylko że do dębów nie można podchodzić – bo konary mogą polecieć komuś na głowę i być może dlatego przed dębami nie ma kartki (które były tam kilka lat wcześniej) więc nie wiadomo co i kto to jest. I jaka jest jego historia. Efekt – nic się nie dowiedziałam. Dla pocieszenia Jarek powiedział mi że był tutaj cztery lata wcześniej I ma zdjęcia więc mi pokaże i swobie przeczytam.
-- 10.09 --
Dzisiejsze popołudnie i noc spędzamy w Czeremsze, oddalonej od Białowieży 40 kilometrów a to z powodu deszczy, który w pewnej minucie popołudnia się rozpadał z dość wzmożoną siłą. Do tej miejscowości jechaliśmy 30 kilometrów przez lasy. Po drodze mijaliśmy takie wsie jak Topiło, gdzie stoi kolej wąskotorowa czy wieś Biała Straż. Podjechaliśmy do sołtysa tej wsi, który opowiedział nam skąd się wzięła jej nazwa. Okazało się, że na rogu stoi od bardzo dawna biały dom w którym znajdowała się straż i ktoś aby rozpoznać to miejsce tak je nazwał. Biała Straż to kolejne miejsce na ziemi pełne uroku i niepowtarzalnego klimatu – parę domów otoczonych lasem, hektarami pól na których pracują ludzie zbierający ziemniaki.
W tym momencie chyba już czas napisać o polskich oznakowaniach ścieżek rowerowych. - Ich po prostu nie ma. Na mapie widnieje kolor czerwony a w rzeczywistości jest albo zielony albo żółty albo czarny. Niestety w większości trzeba było jechać na tzw.”nosa” i mieć nadzieję, że się uda i nie wyjedziemy w nieznanym nam jeszcze kierunku. Powód takiego bałaganu jest prosty – każda gmina może ustalać sobie oznaczanie dróg rowerowych I mimo że ktoś powinien to nadzorować – nikt tego nie robi. Człowiek się wścieka i ma dosyć jeżdżenia po kraju pełnym absurdu i głupoty.
W Czeremsze spaliśmy całkiem przypadkiem w nowo wyremontowanym ośrodku kultury. Za czyściutki i nowiutki pokój z łazienką oraz swobodnym dostępem do kuchni zapłaciliśmy 60 złotych.
-- 10.09 --
Nowy dzień – nowe wyzwania – tym razem celem naszej wyprawy jest Janów Podlaski. Miejsce, do którego oczywiście pewnie nikogo nie zaskoczę zawsze chciałam pojechać żeby zobaczyć największą w Polsce stadninę koni. Z Czeremchy, według mapy jechaliśmy czerwonym szlakiem przez między innymi Zubacze, Tokary. Niezwykłości tym miejsc dodaje bezpośrednie sąsiedztwo ze słupkami granicznymi z Białorusią. Chociaż nie jestem do końca przekonana czy “niezwykłość” to odpowiednie słowo, bo wspomniana granica to drut kolczasty czyli coś na zasadzie “zasieków” I pas świeżo zaoranego pola. Mijając takie obrazy człowiek zastanawia się dlaczego to aż tak musi wyglądać – pytanie retoryczne. To jest tylko jeden z elementów składający się na całość krajobrazu tamtejszego regionu. Przejeżdżając przez kolejne wsie widzieliśmy wiele opuszczonych, pozostawionych i co gorsza rozwalających się drewnianych domów. Pytaliśmy mieszkańców, potencjalnych sąsiadów o właścicieli, niestety – albo nie wiedzieli, albo też ktoś umarł. A szkoda bo teraz jakoś tak się stało, że bardzo wielu ludzi poszukuje podobnych czterech ścian na takim odludziu
Wspomniałam wcześniej o Tokarach między tą miejscowością o Koterką ukryta poniekąd w lesie, poniekąd widoczna znajduje się cerkiew – warto tam choć na chwilę zajechać, gdyż według legend napicie się ze źródełka płynącego obok przynosi oczyszczenie i całościowe poprawienie kondycji psychicznej i fizycznej.
A dalej – mapa sobie a prawdziwe ścieżki rowerowe sobie. Nie mogliśmy znaleźć skrętu na Mielnik zatem pojechaliśmy prosto aż do Adamowa. Zatrzymaliśmy się przy tamtejszym sklepie aby na moment odsapnąć. Jarek wszedł do sklepu, w którym sprzedawca miał wszystko w nosie. Poziom niesympatyczności był tak duży, że patrzeliśmy na wszystko wielkimi oczami. Kupiliśmy to co trzeba było i opuściliśmy sklep. Kiedy odpoczywaliśmy podsłuchałam rozmowę jakiś ludzi malujących dom. Wspominali z rozrzewnieniem dawne czasy kiedy to dyrektor firmy nie miał nic przeciwko że jego pracownik wypił alkohol ze znajomymi gdzieś w terenie. A teraz przychodzą jacyś nowi rządzący i wprowadzają swoje prawa. Źle się dzieje i nic nie jest takie jak kiedyś.
Fajnie było słuchać, ale czas był jechać w stronę Mielnika. A tam dużo do zwiedzania – ruiny zamku, punkt widokowy na Bug, cerkwie. Ale najpiękniejsze jest to że tak jest dużo z górki :) Jeżeli jednak ktoś chce jechać dalej to musi być czujnym. Od razu po wyjeździe z Mielnika stoi znak kierujący na prom. Na znaku znajduje się numer telefonu do przewoźnika. Trzeba do niego dzwonić i się umówić. Niestety tego dnia gdy chcieliśmy się przeprawić żona pana od promu była w pracy a on w polu i raczej średnio widział możliwość świadczenia nam usług promowych. Zatem pojechaliśmy dalej. Przez Osłowo do Maćkowic, ale zachęceni znakiem ścieżki rowerowej skręciliśmy w lewo. Jechaliśmy przez chwilę polnymi drogami, później władowaliśmy się w ogromny piasek tak aby dojechać do prywatnej zagrody. Po czterokrotnym przejechaniu tej samej trasy w poszukiwaniu kolejnych znaków ścieżki rowerowej znaleźliśmy znak i drogę prowadzącą prze prywatną posesję. Podniosłam drut – służący za płot i wróciliśmy na “normalny” cywilizowany asfalt. Wszystko to po to aby dojechać do rzeczonych Maćkowic i przejechać mostem kolejowym przez rzekę. Nie rozumiemy do tej pory dlaczego tam nie ma żadnych informacji, nic nie jest oznaczone, bo każdy turysta pewnie zrobiłby co my. Nie wiedząc że obok mostu biegnie równoległa ścieżka która doprowadza nas na most, walczyliśmy ciągnąc rowery po kolejowych kamieniach, ocierając się o słupki kolejowe. To nie było fajne ani też przyjemne – to była istna mordęga.
Gdy już przebrnęliśmy ruszyliśmy bardzo przyjemną trasą przez Mierzwice Stare, Borsuki. Jechaliśmy również i przez takie miejscowości o nazwie Gnojno czy też Stary Bubel. Na 98 kilometrze dojechaliśmy do Janowa Podlaskiego.
Nocleg znaleźliśmy u bardzo sympatycznej pani Czesi. Wynajęła nam domek za 40 złotych od osoby. A na drugi dzień na dowidzenia dostaliśmy słoik świeżych konfitur ze śliwek węgierek. A Janów – cóż konie piękne i niezwykłe w swej okazałości. Gdy tak staliśmy patrząc jak skubią trawę nagle zaczęły do nas podchodzić i zainteresowaniem podskubywać nas. Jedna klacz jawnie okazywała miłość Jarkowi – on krok a ona za nim. Ślicznie to wyglądało – ogromny zwierz patrzący z czułością na człowieka, który delikatnie głaszcze ją po końskim pysku.
-- 11.09 --
Rano z Janowa ruszyliśmy do Terespola – 40 kilometrów przejechane w towarzystwie krajobrazów dobrze nam już znanych. Niestety walka z brakiem ścieżek rowerowych, tirami, deszczem, spowodowała, że tego dnia postanowiliśmy wrócić do Warszawy dwa dni wcześniej niż planowaliśmy. Zatem o 15.00 wsiedliśmy do pociągu który po 2 przesiadkach dowiózł nas do stolicy.
Foto -> tutaj